Zdobywamy najbardziej wysuniętą na wschód część wyspy. Ale wcześniej odkrywamy klub Bada Bing. Niestety nie ma dzisiaj Tonego Soprano ani jego kumpli, ale focia jest.
Wracając do cypelka św. Wawrzyńca, zwanego tutaj Ponta de São Lourenço, na mapie wydaje się to blisko – ok. 20 km w lini prostej od Funchal. Tyle że tu nie ma prostych dróg. Autobus zipie i sapie i nierzadko jedzie pod prąd po serpentynach. W końcu po 1,5 godziny docieramy do Baia d’Abra gdzie zaczyna się szlak. Teoretycznie 3 km w jedną stronę. Widoki jak z Władcy Pierścieni, szkoda, że łażąc to w górę to w dół, rzęzimy niczym wyżej wspomniany autobus. Gdy już myślimy, że nogi nam weszły całkim w d… naszym oczom ukazuje się mega strome podejście na koniec cypla. Ale my nie wejdziemy?
W drodze powrotnej zastaje nasz deszcz, ale mamy deszczostrachy i dziarsko brniemy dalej. Te 3 km to chyba oszukane. Wieczorkiem zasłużona kolacja – espada pod bananem (ta brzydka ryba ze zdjęć z wczorajszego wpisu). Padamy z nóg.

 

Dodaj komentarz