Ostatni dzień w Sigiriyi. Idziemy zobaczyć Buddę chronionego przez kobry, którego wcześniej wiedzieliśmy ze szczytu Pidurandula. Potem po kokosie i trzeba sie zacząć pakować.

Następnego dnia rano wyruszamy autobusem do Dambulli, aby stamtąd złapać kolejny do Trincomalee, miasta leżącego na pł.-zach. wybrzeżu. Udaje się to nam całkiem sprawnie i już po 3 godzinach jesteśmy 100 km dalej 🙂

Znowu ocean, nie ma monsunu, więc fale małe i można się kąpać. Przyjechaliśmy tu w jednym celu – kto czytał „Pana Maluśkiewicza”, ten wie o co chodzi 🙂

Wstajemy przed świtem, pędzimy motorówą. Z impetem uderzamy w każdą falę jak w beton, przemieszczają nam się organy wewnętrzne i odbija obiad jeszcze z Polski. Po drodze mijamy stada delfinów. Po godzinie poszukiwań i wołania „cip, cip, wielorybku”, nareszcie pojawia się największe zwierzę na Ziemi – płetwal błękitny. Kilka razy widzimy jak wydmuchuje fontannę powietrza, zaciska nozdrza i nurkuje. Potem przepływa tu i tam, pokazuje grzbiet i małą płetwę u góry. Jesteśmy dość blisko. Jest zajebiście, że nam się pokazał. Szukaliśmy już wielorybów w Pacyfiku i Atlantyku i wreszcie tu na Oceanie Indyjskim nam się udało! Ogłaszamy wszem i wobec, że wieloryby ISTNIEJĄ (przynajmniej jeden). Teraz, niczym w wierszu Tuwima, gdy ktoś nas spyta, czy widzieliśmy wieloryba, nos zadrzemy do góry i powiemy „no chyba” 🙂

Po powrocie przez kilka godzin czekamy aż nasze wnętrzności wrócą na swoje miejsce, ale co tam – było warto!

 

Dodaj komentarz